DZIEŃ 1 02/11/08 FRANKFURT lotnisko – business lounge
Cóż, przede mną około ośmiu godzin czekania na pięknym niemieckim lotnisku. Na szczęście człowiek ma głowę na karku – 25 euro i już melduję się w business lounge Delty. Darmowe drinki, szybki internet i wreszcie można wyciągnąć nogi.
Przede mną dłuuuga noc – wylot o 23:00, a na miejscu będę o 15:00 czasu lokalnego (7 godzin różnicy). Zapowiada się mały test wytrzymałości, ale przynajmniej start w komfortowych warunkach! ✈️
DZIEŃ 2 03/11/08 BANGKOK
Bangkok – brama do naszej podróży przez Indochiny. Wyczekany, podobno pełen egzotyki. Dla mnie? Przede wszystkim korki i hałas.
Choć trzeba przyznać, że spacer po świątyniach, wizyta w Wat Pho i oglądanie Leżącego Buddy, a także rejs po kanałach miasta były naprawdę miłym doświadczeniem. Bangkok potrafi zachwycić – trzeba tylko na chwilę zatrzymać się w tym całym chaosie.

Na szczęście jesteśmy tu tylko na moment. Już za chwilę ruszamy dalej. Kierunek: Chiang Mai ✈️
DZIEŃ 4 05/11/08 CHANG MAI
Po jednym dniu w Bangkoku, który spędziliśmy głównie na przebijaniu się przez korki, wczoraj wylądowaliśmy w Chiang Mai. Wieczorem był masaż i kolacja na targowisku – i od razu człowiekowi lepiej.
Dziś rano w planie była wyprawa w góry do plemienia słynnych „kobiet żyraf” – tych z obręczami na szyjach (do końca nie wiadomo, czy to dla ozdoby, czy dawnej ochrony przed tygrysami). Kobiety były, owszem, ale sama wioska okazała się jednym wielkim skansenem dla turystów… Trochę rozczarowanie.

Po drodze zaliczyliśmy jeszcze plantację orchidei i hodowlę motyli – ha, ha, ha… Z bardziej autentycznych rzeczy zobaczyliśmy jedną ze świątyń – i ta była naprawdę świetna. O niebo lepsza niż te w Bangkoku.
Jutro powinno być ciekawiej – ruszamy na dwudniowy trekking w góry, do górskich plemion, z noclegiem w ich wiosce. Brzmi obiecująco!
A propos warunków pracy – właśnie zorientowałem się, że mój komputer stoi na podstawie od maszyny do szycia, bo pod nogami mam całkiem solidny pedał. Niestety wciskanie go nie sprawia, że laptop działa szybciej 😉
Dziś wieczorem jeszcze tajski boks, a jutro – w góry!
Z harcerskim pozdrowieniem,
W.

